Wymyślić się bardziej

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w internetowym periodyku „Creatio Fantastica”.

C'est la vie sur les Routes des Mammouths

Podziemne żyły, oplatające Ziemię na podobieństwo energetycznych ley lines: Drogi Mamutów, przez które przemraża się Prawda. Historia, którą można kroić jak tort – i jak tort dzielić. Czy Bóg do ludzi mówi za pomocą matematyki – czy za pomocą Historii? Czy Prawda rzeczywiście przechadza się po Drogach Mamutów? Zimno, zimniej, najzimniej; Lód Jacka Dukaja.

Zamarzło.

Przynajmniej od rozsadzających konwencję, „newweirdowskich” Innych Pieśni – jeśli nie wcześniej – Jacek Dukaj na rodzimym poletku fantastycznym jest jak wędrowiec, który wspiąwszy się na niezdobyty płaskowyż, samotnie już pokonuje kolejne przeszkody, mierząc się – konkurując – nie z innymi autorami-syzyfami, ale tylko z inercją materii i własnymi słabościami. Mając dużą znajomość konwencji i wiedzy krytycznoliterackiej, kreuje światy oryginalne i zapuszcza się w rejony omijane przez innych. Mając ogromne wyczucie języka, jak niewielu potrafi opisać spotkanie (?) z Obcym, konfrontację z Innym. Rozmach wizji (i uczciwość literacka?) nie pozwala mu wracać po raz wtóry do wyeksploatowanych już światów/fabuł. Ciekawość i szerokie zainteresowania – każą nieustannie iść w Nowe.

Podobne porównanie Dukaja może nie ucieszyć – być może jak każde porównanie pisarza-indywidualistę – ale ze współczesnych najbliżej mu chyba do Neala Stepehnsona, z którym łączy go nie tylko zazębiająca się gdzieniegdzie tematyka, ale i „metoda literacka”, każąca eksplorować obrane konwencje do granic ich „pojemności fabularnej”. Elementy Zamieci można odszukać w Czarnych oceanach, Crux to, momentami groteskowa, „odpowiedź” na Diamentowy wiek; Cykl barokowy w jakiś sposób znajduje swoje krzywe odbicie w najnowszym Lodzie. Oczywiście nie tyle chodzi tu o „zapożyczenia”, co o pewien twórczy dialog; przeczytana lektura jest już naszym „bagażem kulturowym”, na dobre i złe, i wpływa na nas, choć niekoniecznie bezpośrednio, i niekoniecznie w sposób, który sobie w stu procentach uświadamiamy.

Lód zresztą scenograficznie nie tyle odwołuje się tym razem do Stephensona, co raczej do Wieków światła Iana MacLeoda, których recenzję pisał Dukaj w Czasie Fantastyki 4 (5) 2005, a więc tuż po przystąpieniu do prac nad Lodem (w maju 2005 roku, jak podaje notka na końcu książki). Jeśli jednak „eter” i zwłaszcza „dziwoblask” u Brytyjczyka to tylko smaczne dodatki, mające ufantastyczniać opowieść, skupiającą się na innych aspektach świata przedstawionego, to ćmiatło (odwrotność światła) i tungetyt – zewnętrznie podobne do kreacji MacLeoda – u Dukaja grają już pierwsze skrzypce; autor nie tylko buduje na ich podstawie całą „czarną fizykę” (sic!), ale i dzięki nim konstytuuje zawiłości fabuły i reakcje powieściowych bohaterów.

Lód, rozpatrywany już w oderwaniu od literackich „kuzynów”, w ogóle jawi się jako naturalny krok na prywatnej „krzywej progresu” Jacka Dukaja. Po prekognicji (Xavras Wyżryn) i po ewolucji (Serce Mroku), po memetyce i ekonomii (Czarne oceany), nanotechnologii (Crux), czy modnych dziś rozważaniach o cywilizacji postludzkiej (Perfekcyjna niedoskonałość) – autor, w tryby mechaniki klasycznej science fiction wkręcił teraz historię. Wcześniej w podobne rzeczy próbował bawić się Isaac Asimov, ale jego myśl poszła zupełnie innym torem: historia ma niezmienne zasady, tak, ale nie można na nią wpłynąć – choć można próbować wykorzystać znajomość takich praw do własnych celów. U Dukaja natomiast historia („Historja”, zgodnie z wymogami stylizowanej na XIX-wieczną ortografii „Lodu”) to tylko kolejna zmienna, którą – być może – można zmieniać i tym samym na „wyjściu” otrzymywać za każdym razem inny wynik.

Książka ma ponad tysiąc stron – próbować ją streścić, to tak, jakby próbować pokrótce opowiedzieć encyklopedię. Czego tu nie ma?... Podzielony na dwie „strefy wpływów” świat A.D. 1924: na Zimę (ogromna Rosja z przyległościami) – królestwo jedynoprawdy, włości logiki dwuwartościowej Arystotelesa (oto przewrotność Dukaja: logikę, którą zwyczajowo uważamy za „normalną”, obowiązującą w „naszej” rzeczywistości, autor przedstawia jako twór sztuczny, niekompatybilny z doświadczeniem...); i na Lato, ziemie trójwartościowej, „rozmytej” logiki Łukasiewicza i Kotarbińskiego, w której jest Prawda, jest Kłamstwo – i ziemia niczyja Pół-prawdy i Pół-kłamstwa, mających taki sam status jak wyżej wymienione idee w „czystej” postaci. Lute – glacjusze, mroźniki – wyłaniające się spod ziemi lodowe fale-pajęczyny (Obcy? Efekty fizyczne nieznanego do tej pory zjawiska?), w których obecności ścina się powietrze i materializuje (?) Prawda. Bohater, bieda-matematyk z Warszawy Benedykt Gierosławski, który w swoim przekonaniu nie istnieje (echo filozofii „realizmu” Kotarbińskiego; stąd narracja większej część książki prowadzona przez „podmiot bezosobowy”: nie „wstałem rano”, ale „się wstało się rano”; nie „ogoliłem się”, ale „się ogoliło się”); wysłany na Syberię z misją dotarcia do ojca. Jego ojciec – Ojciec Mróz (a więc Benedykt – jako odbicie Ewangelii, wykorzystane już wcześniej w Irrehare – to automatycznie Syn Mroza), który wlodowstąpił i przechadza się teraz (a przynajmniej tak uważają carscy urzędnicy) Drogami Mamutów, trasami uczęszczanymi przez lute. Nikola Tesla, wielki naukowiec, który z polecenia cara ma znaleźć sposób na wygranie wojny z Lodem. Józef Piłsudski, terrorysta, wróżący sobie z kart dyktaturę w Polsce, która nie istnieje. Budowany według nowej architektury Irkuck, skąpany w mgle, którą można ciąć, i tęczowych powidokach zimnaza – przemrożonego żelaza, dzięki któremu można budować najwymyślniejsze konstrukcje. Złoża tungetytu i innych przemrożonych pierwiastków, które zmieniają nie tylko ludzką gospodarkę – ale też dają podstawę do opracowywania nowych zasad fizyki Lodu, „czarnej fizyki”. Tunguscy szamani, rosyjscy święci i przedstawiciele syberyjskiego kapitalizmu. Wreszcie ćmiatło – odwrotność, negatyw światła, w którego czarnych promieniach, dających rozświetlone świecienie, spełniają się sny i człowiek, nawet kiedy nie chce, możne zobaczyć przyszłość.

Lód.

Zachwyca oryginalność i sposób, w jaki Dukaj przełamuje klisze fabularne, czy raczej przyzwyczajenia czytelnika względem fabuły. Oczywiście sam proces „dojrzewania” Benedykta to wzorzec wzięty z klasycznej XIX-wiecznej Bildungsroman. (Z „klasyków” dostały się tu też cytaty i sceny z Szewców, Wesela, Jądra ciemności, jest nawet przefiltrowany fantastycznie Bal u Senatora z Dziadów Mickiewicza, czy echa Bojaźni i drżenia Kierkegaarda.) Jednak tam, gdzie przyzwyczajony do popkulturowych stereotypów czytelnik spodziewa się pościgów i rozwiązań siłowych – tam jest napięcie budowane miedzy bohaterami i długa podróż koleją transsyberyjską, podczas której – oczywiście pozornie! – „nic się nie dzieje”.

Jak zwykle u Dukaja zachwyca też fraza, bogactwo języka – teraz wszakże, ponieważ poruszamy się w z grubsza znanych realiach Europy fin die siècle'u, a nie po kolejnym fantastycznym neverlandzie (jak w Innych pieśniach), owo bogactwo i wirtuozerię zaczynają dostrzegać także wyraźniej krytycy „pozagettowi”. Dukaj to nie tylko „świetny autor science fiction” – ale po prostu Pisarz, po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego może najciekawszy i najbardziej sugestywny ze wszystkich, jakich w Polsce mamy. Lód na poziomie literackim bije na głowę konkurencję i stanowi wspaniały przykład niezwykłej pisarskiej wrażliwości; już tylko dla samej frazy warto – warto – się z książką zapoznać. Fragmenty takie jak początek w Warszawie; gra na kłamstwa w pociągu z panną Jeleną – wspaniale, na czterdziestu stronach sfabularyzowany „paradoks kłamcy” (kłamca powiada: „teraz mówię prawdę” – kłamie czy mówi prawdę?); pierwsze, wraz z syberyjskim szamanem, zejście na Drogi Mamutów; scena erotyczna w pociągu (czy raczej „nie-scena”, wspaniale przewrotna) – erotyka pod Lodem, kiedy niebyłe (ale możliwe/konieczne) bardziej rzeczywiste od zaistniałego, myśl prawdziwsza od czynu; panorama Nowego Irkucka; czy wreszcie rozwleczone na ostatnie dwieście stron, niespieszne, mało dynamiczne zakończenie, wspaniałe literacko – należą do najlepszych momentów powieści, upijają słowem i nastrojem, stanowią wartość samą w sobie.

Oczywiście na tysiącu stron nie obyło się bez drobnych potknięć. A to reakcja Benedykta wydaje się czasem mało prawdopodobna (całkowite opanowanie i brak choćby spotniałych dłoni, kiedy, w zupełnie nowej dla siebie sytuacji, decyduje o życiu lub śmierci przyjaciół; niewykorzystanie potężnej broni, Arcymistrza – prototypowego pistoletu na Lód – w sytuacji, kiedy ucieka na saniach i gonią go wysłani w pościg huzarzy). A to rozbudowana gdzieniegdzie do absurdu psychologia postaci (już sam ten „zarzut” brzmi jak komplement...), które w wewnętrznych rozważaniach tłumaczą sobie nawet niewytłumaczalne, motywują nieumotywowane, co oczywiście przedstawione jest ze wszech miar ciekawie, ale można by się zastanawiać, czy rzeczywiście tak wygląda podobny proces decyzyjny u większości ludzi. Zamiast tyle tłumaczyć, czy Benedykt nie powiedziałby po prostu „żyje się” – choć życie wcale nie musi być takie proste?. Są to jednak oczywiście jakieś drobinki, okruszki szronu na podniebnym, zimnazowym abażurze.

Niejako między wierszami, pojawiają się tu oczywiście i wcześniejsze „obsesje” Dukaja („Nie ma ucieczki od wstydu, jak tylko w inny wstyd” – w którym to zdaniu można z powodzeniem „wstyd” zamienić na „formę” z Innych pieśni; prowadzona z panna Jeleną gra według reguł, których się nie zna – co sygnalizowane już było w internetowym póki co Interversum), jednak na plan pierwszy wychodzi „Historja” i rozważania o człowieku w Lecie i Zimie. Jest to oczywiście kolejna sztuczka-wytrych, podobna do tej, która w Innych pieśniach zamieniła znaną z naszego świata charyzmę w „morfy” i „korony” kratistosów. Podobnie z Lodem – choć na ulicach Warszawy nie przechadzają się dziś lute, to oczywiście czasem bliżej nam do niezdecydowania Lata, a czasem mamy przebłyski zupełnej pewności Zimy, tak jak jedni z nas, choć wokół nie widać kratistosów, mają morfę/charyzmę mocniejszą, inni słabszą. Przy czym u Dukaja podobny pomysł wchodzi oczywiście dużo mocnej w ontologię świata – tam duch ma już zupełną władzę nad materią; to, jacy jesteśmy, deformuje-przekształca także świat wokół nas. Mówiąc obrazowo: i w naszym świecie, i w świecie Lodu czy Innych pieśni, można „się wymyślić”, ale w światach Dukaja „można się wymyślić bardziej”. Samo Lato i Zima to zresztą dobre metafory, za pomocą których można z powodzeniem próbować analizować zjawiska z naszego świata: np. „zimne” malarstwo klasycystyczne i „rozmrożony” w Lecie impresjonizm; recenzje Zimy, zwięzłe i treściwe, punktujące dokładnie wszystkie słabe i mocne strony książki, i recenzje w Lecie, podkreślające subiektywny odbiór, skupiające się bezpośrednich wrażeniach, bazujące na „mnie się podobało” i „ja polecam”, itd.

Ewentualne kontrowersje (czy raczej stymulujące pytania) pojawiają się przy tym nie tyle (raczej: nie tylko) na poziomie rozważań o Historji, ale raczej „wydźwięku” całości. Nieprzypadkowo jednym z drugoplanowych bohaterów książki jest Aleister Crowley, czarny ojciec chrzestny dwudziestowiecznego okultyzmu i „satanizmu” (raczej „achrześcijaństwa”), rozumianego nie jako oddawanie się praktykom magicznym itp., tylko umieszczeniem na ołtarzach Człowieka w miejsce Boga. Czy Crowley pojawia się w powieści tylko jako „element egzotyczny”, czy jednak rzeczywiście jego poglądy miały jakiś wpływ na postępowanie bohaterów...?

Jednak, jak zwykle u Dukaja, nie chodzi tu o przekonania autora, tylko raczej o zachowywanie się bohaterów w zgodzie z zasadą rządzącą światem przedstawionym: człowiek będzie wykorzystywał nowe możliwości, zdaje się mówić Dukaj, nie ze względu na moralność lub jej brak – ale właśnie ze względu na pojawienie się takich możliwości.

A czy Bóg mówi do bohaterów Lodu – i człowieka – przez Historię, jak chciałby „Bierdiajew prim” z książkowego świata, czy raczej Historia jest kłamstwem, jakim człowiek próbuje powiedzieć coś o Bogu (pod Lodem kłamstwo może mówić więcej od prawdy) – na to każdy będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. I na tym także polega wielkość Lodu.

Zamarzło.

Michał Cetnarowski