Jacek Dukaj zabiera czytelnika w fascynującą podróż do carskiej zamrażarki, udowadniając przy okazji, że jest godnym spadkobiercą Stanisława Lema i najbardziej interesującym pisarzem młodego pokolenia.
Znamy przeszłość, znamy teraźniejszość, przyszłość jest niewiadomą. Na pewno? Przecież tyle przeszłości, ile pamiętających ją osób i każda z ich wersji jest prawdziwa. Może więc jest i przeszłość zupełnie inna, równie prawdziwa, tylko przez nikogo nie zapamiętana? Na przykład taka opisana przez Jacka Dukaja w nowej powieści „Lód”: Warszawa, rok 1924, ani rewolucja październikowa ani pierwsza wojna światowa nie miały miejsca, carem jest Mikołaj II, a Piłsudski to sprzymierzony z Japończykami terrorysta. Za ten stan rzeczy odpowiada przede wszystkim lód, który pojawił się w cesarstwie po uderzeniu meteorytu tunguskiego w 1908 roku.
To wyraźne nawiązanie do Władimira Sorokina, którego bohater za pomocą lodu wydobytego z tegoż miejsca poznawał „prawdziwych ludzi”. Sorokin przoduje na liście znienawidzonych przez putinowski reżim do tego stopnia, że nawet w jego wypadku samochodowym niektórzy doszukują się czynów innych szatanów, co nie jest bez znaczenia dla interpretacji powieści Dukaja. A przynajmniej dla jednej z możliwych interpretacji, bowiem młody (33 lata) tarnowski autor konsekwentnie tworzy koronkowe, abstrakcyjne światy o takim stopniu komplikacji, że już samo zrozumienie fabuły wymaga wysiłku, a poziomy możliwych znaczeń plączą się przed czytelnikiem jak skrzyżowanie autostrad. W „Innych pieśniach” Dukaj opisał alternatywny świat oparty na założeniu, że antyczne poglądy na fizykę są prawdziwe. W „Perfekcyjnej niedoskonałości” ludzkość XXIX wieku opanowała także metafizykę, co pozwala jej dowolnie kształtować prawa fizyczne. Tym razem Dukaj wziął na warsztat logikę.
Lód to wędrująca pod ziemią forma życia (chyba), która wymraża się na powierzchnię w postaci „lutych” – brył o temperaturze zera absolutnego, zamrażających nie tylko wszelkie istnienie, ale też nieoznaczoność świata. Tylko prawda i tylko fałsz – nic pomiędzy nimi, żadnej szarości, żadnej wątpliwości. Dwuwartościowa logika, z wyłączeniem obszaru możliwości zamraża bieg historii i dzieli dzieli cesarstwo na liedniaków, twierdzących (słusznie), że „tylko lute bronią Rosję przed upadkiem i krwawym chaosem” oraz ottiepielników głoszących (też słusznie), że „póki nie wygonią z kraju Mrozu, póty żadna reforma nie przyniesie skutku, żaden przewrót, rewolucja i demokratyzacja nie są możliwą”.
W ten świat niezwykłej fizyki (w którym niebagatelną odgrywa ćmiatło, czyli rodzaj antyświatła), wielkiej polityki i wielkich interesów zostaje wplątany nasz bohater Benedykt Gierosławski, warszawiak, matematyk, hazardzista i ostatni frajer. Z gatunku tych, co to zamiast przygruchać dziewczynę, dumają zawstydzeni nad piwem, czy ona istnieje, czy nie. Dostaje Benedykt od Ministerjum Zimy bilet pierwszej klasy na Transsib do Irkucka, zimnoprzemysłowej stolicy imperium z zadaniem odnalezienia swojego ojca-zesłańca, który podobno potrafi rozmawiać z lutymi. A skoro może rozmawiać, to może mógłby je do czegoś namówić? A mieć władze nad lutymi znaczy odmrażać lub zamrażać historię wedle życzenia, mieć władzę nad Rosją, a może i nad resztą Europy.
Bodaj najlepsza literacko, najbardziej prawdziwa jest scena, w której para głównych bohaterów, w ciemnym przedziale Transsibu na zmianę opowiada swoją historię. Na zmianę, ponieważ każda jej wersja jest inna. Która prawdziwa? Która fałszywa? Tak naprawdę nie ma to znaczenia, prawdziwe jest tylko tu i teraz, przeszłość i przyszłość są równie nieokreślone. „Do teraźniejszości prowadzi miljon dróg i miljon dróg z niej wybiega”.
Skomplikowana rzeczywistość Mrozu jest mistrzowsko opisana, ze świadomością, że język stworzony do opisu naszej wersji historii nie będzie pasował do historii potencjalnej. W „Perfekcyjnej niedoskonałości” Jacek Dukaj stworzył nowy rodzaj gramatyczny, aby opisać nowy rodzaj człowieka. Tutaj musiał przystosować język „Lalki”, przesyconą rusycyzmami polszczyznę Kongresówki, do alternatywnej historii lat 20., gdzie Europa podzielona jest na Zimę i Lato. Za tą realizację językową autorowi należy się najwyższy szacunek, jest to zwyczajnie imponujące.
Poświęcam tyle miejsce na opis „Lodu” aby dać wyraz złożoności konceptu autora, skali intelektualnego wyzwania, jakie stawia on przed czytelnikiem. Lojalnie jednak ostrzegam, że ta intelektualna przygoda ma swoją cenę – ceną tą jest przebrnięcie przez tysiącstronicową cegłę (duże strony, mały druk), cegłę umiarkowanie przygodową. Pisarz Dukaj ma swoje zalety, które sprawiają, że ociera się o geniusz, ale ma też wady. Nie potrafi swoich przemyśleń ubrać w ironię i dowcip jak Lem (czy Wiktor Pielewin, jeśli pozostajemy w strefach rosyjskich), nie potrafi ozdobić ich klejnocikami dialogów jak Sapkowski, a rysunek charakterów i relacji między nimi jest – delikatnie mówiąc – płytki. Satysfakcjonująca to lektura, ale nad wyraz ciężka.
Jednak jeśli mielibyśmy obwołać kogoś następcą mistrza Lema, byłby to właśnie Dukaj, który w podobny sposób wykorzystuje fantastyczny sztafaż, aby powiedzieć swoją prawdę o zasadach rządzących cywilizacją. W „Lodzie” chodzi przede wszystkim o zasadę historii. W alternatywnym świecie dwudziestolecia okazuje się, że stosunki polsko-rosyjskie są bez względu na bieg dziejów niezmiennie skomplikowane, niezmiennie bliskie i nieporównywalnie bardziej intymne od jakichkolwiek innych układów w historii Polski. Potrzeba dopiero Mrozu, że uspokoić na chwilę to rozedrganie, spojrzeć z boku i dostrzec, że to stosunki nie między sąsiadami, ale między starym małżeństwem – zapiekłe kłótnie o kołdrę nie zmienią faktu, że się śpi w jednym łóżku. Dukaj nawiązuje do Sorokina, ale w warstwie politycznej nie jest tak jednoznacznie przeciwko rosyjskiej tradycji samodzierżawia. W rzeczywistości „Lodu” faktyczną władzę ma Sibirchożet – przedsiębiorstwo wydobywające nowe surowce, bez których nie można funkcjonować w świecie lodu. Analogia do Gazpromu jest oczywista, a fakt, że lute pojawiają się w miastach pozwala też na interpretacje ekologiczną – na równi z polityczną i historyczną.
Swego czasu Jacek Dukaj nazywany był cudownym dzieckiem polskiej fantastyki, miał 22 lata, kiedy po raz pierwszy był nominowany do nagrody im. Janusza Zajdla, od razu w obu kategoriach powieść i opowiadanie. W 2000 roku dostał Zajdla za opowiadanie „Katedra”, zekranizowane przez Tomasza Bagińskiego, potem jeszcze trzykrotnie był laureatem tej nagrody. Staram się nie dyskutować z werdyktami rozmaitych jury, ale fakt, że ani „Inne pieśni”, ani tym bardziej „Perfekcyjna niedoskonałość” nie znalazły się nawet na wstępnej liście do nagrody Nike to co najmniej nieporozumienie. Podobnie jak fakt, że „Niedoskonałość” przegrała Paszport „Polityki” ze „Zwałem” Slawomira Shuty w 2004 roku. Naprawdę błyskotliwa fraza czy przelotnie modny temat mają być dziś w literaturze ważniejsze, niż brawurowy, dopieszczony pomysł fabularny, rozmach, praca nad wieloma poziomami powieści, szacunek dla czytelnika? Nawet jeśli tak, mam szczerą nadzieję, że Jacek Dukaj będzie dalej pisał pod prąd.
Zygmunt Miłoszewski, „Newsweek Polska”