Amatorów lekkich fabuł nie mam zamiaru zachęcać do czytania nowej powieści Jacka Dukaja. Owszem, zgodnie z anonsem na okładce, fabuła Lodu skrzy się od nieoczekiwanych zwrotów akcji, intryg politycznych, kryminalnych, naukowych i metafizycznych, ale mówiąc szczerze, pociągająca historia przygód Benedykta Gierosławskiego nieustannie grzęźnie w dyskusjach i problemach filozoficznych, które wyznaczają rytm tej opowieści. Wszystko, co ważne, dzieje się w głowach jej bohaterów, wypełnionych ideami ponad zwykłą ludzką miarę. Lodu nie można przekartkować, przeskakując od zdarzenia do zdarzenia, od dialogu do dialogu. Kto w pogoni za anegdotą pogubi się w myślowych peregrynacjach Dukaja, niezawodnie przegapi sens powieści.
Wyjściowy koncept Lodu nie wydaje się szczególnie oryginalny. Dukaj opowiada jeszcze jedną historię alternatywną XX wieku, punkt zwrotny dziejów umieszczając w 1908 roku. Uderzenie meteorytu tunguskiego sprawia, że syberyjską część Rosji pokrywa całoroczny lód, a miasta imperium aż do zachodnich granic opanowują lute – niezbadane fenomeny ekstremalnego mrozu. W tej wersji przeszłości nie ma wojny światowej, rewolucji bolszewickiej, upadku cesarstwa Romanowów, odrodzenia państwa polskiego. Znakomicie natomiast rozwija się nauka i przemysł zimnych technologii. Mnożą się wielkie odkrycia fizyczne i fortuny wynalazców, kupców, przedsiębiorców, którzy ze wszystkich stron świata przybywają na Syberię. W odróżnieniu od wielu poszukiwaczy lepszego polskiego losu, Dukaj nie grzeszy jednak myśleniem życzeniowym i bezkrytycznym stosunkiem do własnej nacji. Aby uświadomić sobie długie tradycje wishfull thinking naszych pisarzy fantastycznych, wystarczy wspomnieć Europę w ogniu Józefa Rzegost-Wituskiego, który w 1933 roku zdobywa Berlin, pokonuje rosyjskich komunistów, a Żydów wysiedla w syberyjskie stepy. Uff.
Logicznie rzecz biorąc, powieść Dukaja nie przedstawia historii alternatywnej, lecz historię zmrożoną, zatrzymaną, uśpioną pod lodem. Paryżanki skracają już suknie i zrzucają gorsety, a poddane Jewo Wielicziestwa Mikołaja Aleksandrowicza sznurują się ciasno, jak nakazuje dawny obyczaj. Stanęły reformy społeczne w Rosji, stronnictwa polityczne trwają na swoich stanowiskach, członkowie religijnych sekt nawzajem się mordują, a państwem rządzą dworscy intryganci, przekupni czynownicy, szaleńcy w rodzaju Rasputina. Świadek i uczestnik tej rzeczywistości, warszawski matematyk Benedykt Gierosławski, przestaje wierzyć w Historię. Nie ma Historii w świecie, gdzie wszystko jest niekonieczne. Dopiero pod lodem, zamrożone i unieruchomione w jednej, niezmiennej postaci, dzieje stają się Dziejami. A jeżeli człowiek zdobędzie technologię mrożenia i rozmrażania rzeczywistości, czy opanuje Historię? Religijne, polityczne lub gospodarcze cele bohaterów powieści różnią się diametralnie, ale łączy ich wiara, że jedynym sposobem władania Historią jest zapanowanie nad ogarniającym Azję i Europę lodem.
Lód można czytać parabolicznie. Carskie samodzierżawie, ufundowane na wszechwładzy państwowej biurokracji, potężnej armii i miliardach rubli, których dostarcza fantastycznie prosperujący przemysł „zimnych” surowców, kojarzy się naturalnie z putinowską Rosją. Za tym banalnym podobieństwem kryją się poważne pytania. Czy możliwa jest nowoczesność wyłącznie technokratyczna, obojętna na wyzwania moralne, prawa człowieka, wolności obywatelskie? Czy można tworzyć Historię tylko postępem naukowym, organizacyjnym i finansowym? Od czego zależą zmiany, które uważamy za dziejowe? Odpowiedzi Dukaj udziela zbyt wielu, żeby je wszystkie przytoczyć. Józef Piłsudski, któremu w powieści nie udało się zrealizować ani socjalistycznych, ani niepodległościowych planów, twierdzi, że podmiotem Historii jest cywilizacja, a cywilizacja to nie ziemia i miasta, nie zamki i fabryki, nie armje i populacje miljonowe nawet – ale przede wszystkiem i nasampierw: zdrowy, spójny związek moralności, wiary, prawa i obyczaju. Właśnie. A zatem jaką Rosję skuje, utrwali na wieki, lód?
Nikt jednak w powieści Dukaja nie ma ostatecznej racji, nawet piłsudczycy. O ile zlodowacenie zatrzymuje Historię Polski, o tyle biografie Polaków w Kraju Mrozu nabierają nowego rozmachu. Co z tego, że upadają kolejne powstania i rewolucje, skoro wraz z nowoczesnością otwierają się inne drogi do szczęścia i wolności? Bohaterowie Lodu dosłownie podbijają Imperium – finansowo, naukowo, kulturalnie – działając w granicach prawa i politycznej lojalności. Syberyjskie fortuny rodaków nie rosną na wyrzutach sumienia. Liberalne mieszczaństwo Irkucka ceni indywidualizm, racjonalność, stabilizację i skuteczność, oddziela złudzenia i sentymenty od realnych interesów. Nie unika przy tym trudnych pytań o sprawy narodowe. Ci, co walczą o Polskę, o co walczą? O nazwę, gieografję, język i pieniądz polski – czy o coś, czemu tamte rzeczy służą, dla czego są środkiem, symbolem, o dobro wyższe? A? Co w takim razie winien uczynić człowiek rozumny, rozpoznawszy, iż w danych okolicznościach inny środek jest po temu skutecznym, tamten zaś, stary – zgoła szkodliwym? Ten dylemat wielokrotnie powraca na kartach Lodu: ciemięzcę zbrojnie pokonać czy wykupić? Oba sposoby są możliwe, oba były stosowane, dlaczego jednak kanoniczne narracje polskich dziejów – „zamrożone” w romantycznych z ducha podręcznikach – traktują je nierównorzędnie? A gdyby opisać, lub chociaż wyobrazić sobie, naszą przeszłość bez gorsetu narodowej poprawności, na przykład jako opowieść o ludziach sukcesu: przemysłowcach, kupcach, graczach giełdowych, magnatach finansowych Dalekiego Wschodu, wynalazcach, geografach i geologach, a nawet wysokich oficerach i urzędnikach Imperium? Czy byłaby to historia nieprawdziwa, wstydliwa, nienowoczesna, nierozumna? Z dyskusji toczonych w luksusowych wagonach kolei transkontynentalnej, powstańczych ziemiankach, kombinatach metalurgicznych Zimnego Nikołajewska i bawialniach syberyjskiej burżuazji wynika tylko to, że – jak każda idea – niepodległa Polska jest niekonieczna. Czytając Dukaja, można przedstawić sobie dzieje świata bez Polski, można wymyślić sobie udane i sensowne życie, nawet gdyby Polska nie pojawiła się w 1918 roku na mapie Europy. Nie umniejsza to w żaden sposób zasług działaczy niepodległościowych, ale dyskusja o przeszłości nie powinna utknąć w jednej tylko narracji.
Lód jest powieścią-workiem, a Dukaj pojętnym uczniem Witkacego. Chwilami wydaje się, że nakreślony z rozmachem powieściowy świat jest tylko scenografią dla „istotnych rozmów” kilku głównych postaci. Kompozycyjny pomysł Lodu polega na tym, że intelektualny salon rozdyskutowanej inteligencji Imperium przemieszcza się od pociągu transsibu do laboratorium krjofizyki Kruppa, od pałacu generał-gubernatora Kraju Mrozu do jurty w tajdze, ale niezależnie od warunków zewnętrznych uwagę bohaterów zaprzątają przede wszystkim sprawy fundamentalne i ostateczne: Byt, Historia, Prawda, Bóg i Wolność. Z pisarstwem Witkiewicza więc łączy powieść Dukaja żywioł dyskursywny, ale także atmosfera cywilizacyjnego przesilenia, która zapładnia umysły do nowych sporów o uniwersalia. Nie twierdzę, że Dukaj napisał drugie Pożegnanie jesieni (a raczej „powitanie zimy”), gdyż Lód nie jest dziełem tej filozoficznej rangi. Nie ma jednak wątpliwości, że jest dobrą literaturą z literatury, głęboko zakorzenioną w prozie długiego modernizmu. Poe, Verne, Tołstoj, Dostojewski, Brzozowski, Gombrowicz, Christie (np. Morderstwo w Orient Expressie) – wszystkim im Dukaj sporo zawdzięcza, ale w jego powieści najdobitniej odzywa się głos Prusa i Lema. Biografia człowieka nowoczesnego z Lalki, walczącego z wielkimi systemami epoki o swoją niezależność i podmiotowość, jest modelem losu Gierosławskiego. Główny bohater Lodu także musi się zmierzyć z wyzwaniem, które myślącej jednostce rzucają idee państwa narodowego, klasy społecznej, samodzierżawia i liberalnej demokracji, postępu naukowego i kryzysu moralności. Z drugiej strony, powieść Dukaja to wyprawa do granic ludzkiej wiedzy i samowiedzy. W absolutnej inności lutych człowiek Lodu może się przejrzeć jak w zwierciadle, podobnie jak w nieprzewidywalnych reakcjach myślącego oceanu, który pokrywa planetę Solaris, rozpoznają swoje nieświadome pragnienia bohaterowie Lema. Każde spotkanie z lutym jest dla Gierosławskiego zdarzeniem inicjalnym, rozpoczynającym nowy etap jego życia. Lodowa jednoznaczność, która narzuca rzeczywistości dwuwartościową logikę, jest niespodziewaną nadzieją na lepszy świat i równocześnie gorzkim rozczarowaniem, gdy inwazja glacjuszy nie rozwiązuje żadnego z autentycznych problemów ludzkości.
Nie jestem pewny, czy Benedykt Gierosławski musiał przemierzyć niemal całą Rosję, aby zrozumieć i określić siebie, stworzyć sobie odpowiednią tożsamość. Racjonalna motywacja wydarzeń w powieści nie zawsze tłumaczy intelektualne przygody głównego bohatera. Z tego powodu nie postawię jednak Dukajowi zarzutu kompozycyjnej nieścisłości. W projekt psychologii Gierosławskiego (i kilku innych postaci) wkalkulowane są bowiem piętrowe domysły czytelnika, któremu narrator podsuwa sporo zwodniczych hipotez i wątpliwości, a niewiele konkluzji. Gdyby nie wciągająca opowieść, trudno byłoby przedrzeć się przez pogmatwane myśli i wywody młodego matematyka o ambicjach metafizycznych.
Wielka podróż koleją jest fabularnie atrakcyjna, narzuca akcji wyraźne tempo, precyzyjnie koncentruje uwagę czytającego na wybranych osobach, uzasadnia ich odizolowanie od świata i tymczasowe sąsiedztwo. W tak wykreowanej sytuacji pojawiają się oczywiście morderstwa, tajemnicze zniknięcia pasażerów, skandale towarzyskie i romanse. Zasady poetyki sensacyjno-kryminalnej nie są przecież autorowi Lodu obce. Bardzo powoli, czasami setki stron dalej, Dukaj wyjaśnia tajemnice, które razem z ludźmi jadą wagonami transsibu. Wyjaśnia je oszczędnie, stopniowo, zawsze nie do końca. Kto sięgnie po Lód, przekona się, że pisarz potrafi zawładnąć naszą ciekawością. Jacek Dukaj opanował tę umiejętność proporcjonalnie do rozmiaru swojej nowej powieści.
Wojciech Browarny