Motyw wrodzonej nieprzychylności krytyków mainstreamowych dla SF jako gatunku cyklicznie powraca w dyskusjach wśród fanów, a w każdym razie na łamy „NF”. (Ostatnio w „NF” 1'99: „Popularna czy koniunkturalna?”). Abstrahując od zjadliwych domysłów na temat powodów - politycznych, towarzyskich, wręcz spiskowych - dla których rzeczeni krytycy apriorycznie pogardzają fantastyką, czasami w tych dyskusjach pojawia się kwestia zgoła organicznej niezdolności do pełnego odbioru i oceny literatury fantastyczno-naukowej przez tzw. „ludzi spoza getta”.
Z jednej strony twierdzenie takie posiada pozór samosprzężnego dowodu á la Paragraf 22: nie dziwota, że plują, skoro nie rozumieją, a nie rozumieją, bo nie są „nasi” - a nie są „nasi”, bo plują. Z drugiej strony, po lekturze kilkudziesięciu tekstów krytyków głównonurtowych, w których zahaczyli oni o SF, i po wielu rozmowach/namowach z osobami czytającymi a podzielającymi ich poglądy - człowiek nabiera mimo wszystko przekonania, że coś tu jest na rzeczy. Czyżby faktycznie chodziło o jakiś odmienny rodzaj wrażliwości estetycznej?
Wielokrotnie cytowano w podobnym kontekście stwierdzenie Antoniego Smuszkiewicza, iż „nie każdy krytyk przygotowany do oceny dzieł ogólnych potrafi ją [tj. SF] właściwie ocenić”. Pewna część spektrum emisyjnego dzieła pozostaje dlań niedostrzegalna, widzi jedynie niektóre barwy. Wydaje się zresztą, iż wiele dzieł SF pozostaje dla Krytyków (będę pisał z dużej litery, by wyróżnić „elitę”) doskonale niewidzialna; ich percepcja nacelowana jest na zupełnie inne obszary.
Jakie więc właściwie są te „pasma specyficzne” SF, zakresy zastrzeżone? jakie powody ślepoty Krytyków? (Powtórnie się zatrzegę, iż pomijam kwestię świadomych, premedytowanych manipulacji; problemy te zresztą w znacznej mierze nakładają się wzajem na siebie).
Jako pierwszy wymienię powód, który mam za najważniejszy, najbardziej charakterystyczny, chociaż zarazem najtrudniejszy do ostrego zdefiniowania i opisu ignorantom. Być może stąd się częściowo bierze konfuzja: trzeba poczuć, żeby zrozumieć. Najprościej dochodzić do sedna przykładami. (Tak też zresztą najłatwiej sprawdzić, czy mamy do czynienia z nierehabilitowalnym kaleką: podsuwając delikwentowi do lektury kolejne teksty).
Idzie tu mianowicie o takie utwory SF, których atrakcyjność głównie bądź w całości zasadza się na totalności proponowanej wizji, porażającej intelektualnej perwersji, na ontologicznym przewartościowaniu, jakie się w czytelniku dokonuje (przynajmniej na parę chwil) wskutek przyswojenia sobie wizji autora. Suspens nie polega wówczas na odkryciu zabójcy czy tryumfie pozytywnego bohatera - lecz rozwiązaniu zagadki sięgającej swymi indukcyjnymi korzeniami samego jądra rzeczywistości. Żadne inne czytelnicze doświadczenie nie może być porównywalne z owym niemal fizycznym dreszczem, jaki człowieka dosięga w momencie Olśnienia.
„Dywany Wanga” (pomieszczone w „Nowych legendach”) stanowią przykład wręcz klasyczny. Opowiadanie to, autorstwa niejakiego Grega Egana, z punktu widzenia czysto literackiej krytyki nie uderza niczym niezwykłym: nie masz tu wielkich dramatów, nie masz niebywałego artyzmu języka - jest tylko pomysł na „matematyczne życie” zakodowane w owych tytułowych Dywanach. Cała przyjemność lektury tekstu bierze się z fascynacji wizją, z drobnego „skręcenia” umysłu czytelnika, jakie się mimowolnie dokonuje podczas owego ćwiczenia wyobraźni. Nie każdego uderza to z równą siłą; są wszelako ludzie, którzy w ogóle nie poddają się temu dreszczowi, pozbawieni są koniecznego „muskułu fantasty”, i nawet po dziesięciokrotnej lekturze pozostaną obojętni, zdegustowani naszym zachwytem. Można im kawa na ławę wykładać całą ideę, podkreślać dowolnie dobitnie jej elegancję, egzotykę, oryginalność, piękno - będą wzruszać ramionami, mrugać w zdumieniu. Kompletna idiomatyka, niekompatybilność stuprocentowa.
Tego typu intelektualna gra z wyobraźnią dzisiaj coraz rzadziej stanowi rdzeń opowiadań i powieści SF, coraz trudniej natrafić na teksty, które zasadzałyby się na niej tak zupełnie jak „Dywany Wanga” - niemniej upośledzenie wynikające z braku rzeczonego „muskułu” czyni człowieka niewrażliwym na spory fragment widma emisyjnego także współczesnych tekstów SF, zwłaszcza hard. Zresztą w tym akurat gatunku nie sposób machnąć na klasykę, a ona wymaga takiego właśnie podejścia: „Robot”, „Ubik”, „Człowiek z Wysokiego Zamku”, „Śledztwo”, „Solaris”...
Rzecz jest o tyle ważna dla Krytyków, że obecnie w owym rodzaju suspensu specjalizują się autorzy najtwardszej SF, i to zazwyczaj zawodowi naukowcy (Benford, Baxter, Pournelle, Niven, Vinge et consortes) - a ich proza pozbawiona jest bodaj jakichkolwiek innych walorów literackich i skoro się nie zobaczy w niej (a raczej: dostrzegłszy nie zrozumie) tego jednego aspektu, pozostanie ona w oczach Krytyka bezwartościowym gniotem, którym miłośnicy SF zachwycają się najwyraźniej z tego jeno powodu, iż jest to dzicz z gruntu akulturalna, QED.
Jaki jest jednak powód, iż Krytyk nawet nie uprzedzony do SF i - dzięki Bogu bądź dziecięcym lekturom - obdarzony „muskułem fantasty” płodzi tak kuriozalne recenzje z książek SF? Często powodem tym jest po prostu nieznajomość gatunku, tzn. nieobeznanie z kanonem. Taki Krytyk zachowuje się jak Heinlenowski „obcy w obcym kraju”: dokonuje fałszywych identyfikacji, odwołuje się do nieadekwatnych procedur, z okrzykiem zachwytu odkrywa telefon i telewizor, pozostaje głuchy i ślepy na wszelkie niuanse, głębsze relacje; grokuje za to tęgo i wyrokuje z wielką pewnością.
Kanon, z jakim Krytyk winien się w tym wypadku zapoznać, różni się zasadniczo od kanonów innych gatunków. Po pierwsze: nie chodzi tu bynajmniej o książki najlepsze (w każdym razie nie tylko). Po drugie: owa lista tytułów jest niezwykle długa, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że sporo przekracza tysiąc pozycji.
Wynika to bezpośrednio z faktu, iż SF jest gatunkiem, w którym, jak w żadnym innym, występuje ciągłość idei. Czynnik intertekstualny jest poniekąd konstytutywny dla science fiction - doprowadzając do absurdu: każdy utwór SF zawiera w sobie w pewien sposób całość dotychczasowych osiągnięć gatunku. To, co gdzie indziej posiadałoby cechy ewidentnego plagiatu, w SF jest normą. Wizje przyszłego świata, przewidywane trendy technologiczne, socjologiczne, nawet językowe, pojedyncze gadżety - wszystko to jest dziedziczone, przechodzi w mniej lub bardziej zmutowanej formie od autora do autora, z książki do książki.
Powtórzę, bo to ważne: nie ma drugiego takiego gatunku, gdzie sprzężenia intertekstualne byłyby tak silne; gatunku, o którym można by mówić, że wręcz posiada własny literacki kod genetyczny, który w sposób konieczny dziedziczą wszystkie jego realizacje.
Implikacje tego faktu są różnorakie; jeśli jednak chodzi o kwestię ślepoty Krytyków, dwie są najważniejsze.
Pierwsza taka, iż Krytyk wziąwszy do ręki dowolną książkę SF absolutnie nie jest w stanie ocenić stopnia jej oryginalności; nie rozpozna, co autor włożył od siebie (co dodał do genetycznej puli SF), co zaś jest tam wtórne. Nie dostrzeże subtelnych rozwinięć pomysłów przejętych od poprzedników, nie zauważy przewrotności takiego, nie innego potraktowania danych wątków, nie będzie świadom toczącej się de facto między autorami (podgatunkami) dyskusji, nie rozpozna stopnia umowności.
Druga zaś taka, że Krytyk częstokroć nie będzie w stanie zrozumieć podobnego utworu na jego najbardziej podstawowym poziomie. Co rusz będzie się w lekturze potykać o przeróżne ansible, nanoboty czy LOD-y. A, nie da się ukryć, wszelkie kontekstowe identyfikacje w ramach jednego tylko dzieła są w tym akurat przypadku dalece ułomne. Lecz nawet poradziwszy sobie z neologizmami - i tak przeoczy specyficzne zastosowania zwyczajnych z pozoru słów, mnogie podteksty (co prawda w przypadku przekładów spory ich procent ginie, czy to przez niedostatek umiejętności translatora, czy to z racji nieomijalnej ich idiomatyczności).
Co zatem może oceniać w książce hard SF nie znający „kanonu” Krytyk? Biegłość warsztatową pisarza i chyba nic więcej; bo nawet logiczność i atrakcyjność fabuły, „czytalność” utworu - inne one się okażą dla człeka dobrze obeznanego w SF.
Ba, czy można w ogóle mówić o literaturze w przypadku tekstów, których nie jest w stanie sobie przyswoić dyplomowany polonista, o ile nie posiada jakiego takiego (ponadpodstawowego) pojęcia o fizyce, kosmologii, informatyce? Trudno się oprzeć wrażeniu, iż - podświadoma - pogarda wielu „humanistów” dla science fiction tu właśnie ma swoje źródło.
To prawda, daleko nie każdy utwór SF wykorzystuje naukę w takim stopniu, że antechbetyzm może stanowić realną barierę dla jego odbioru; niemniej pierwiastek ten obecny jest prawie we wszystkich tekstach hard SF, stanowi też o sukcesie wielkich hitów ostatnich lat („Marsjańskiej Trylogii” Robinsona, „Diamentowego wieku” Stephensona etc.).
Ważniejsze jednak od tej bezpośredniej konsekwencji są konsekwencje dalsze. Mianowicie takie:
Science fiction posiada w swych genetycznych korzeniach wzorce atrakcyjności oparte na paradygmacie naukowego śledztwa. Teraz coraz rzadziej spotyka się powieści odwołujące się do tej tradycji; wydaje się jednak ona odradzać w nieco zmienionej formie: raz - w technothrillerach spod znaku Crichtona, Cooka et consortes; dwa - w postcyberpunkowej SF bliskiego zasięgu. Rzetelność naukowa okazuje się znowu być w cenie (przecie ten Robinson to historyk literatury ze specjalizacją z Szekspira!).
Otóż tak można określić kolejne „pasmo specyficzne” SF: nikt, kto z wypiekami na twarzy nie czytał opowieści o dziejach (fikcyjnych czy autentycznych; bez różnicy) naukowych dociekań: losach wysuwanych kolejno teorii, próbach ich falsyfikacji i konfirmacji, zderzeniach hipotez, zmianach poglądów, nowych teoriach itd. - nikt taki nie zdoła doświadczyć (na poziomie zgoła estetycznym właśnie, podlogicznie) pełni przyjemności obcowania ze science fiction, i to bynajmniej nie wyłącznie taką, co faktycznie czyni osią swej fabuły naukowe inwestygacje.
W lekturze objawia się to wielorako. Po tekstach Krytyków wnioskować można o szerokości pasma. Zbyt wiele odwołań do nauk ścisłych to „zlekceważenie aspektu duchowego”. Zbyt specjalistyczne słownictwo to „nieliteracki język”. Zbyt wielu naukowców wśród bohaterów i za dużo fachowych rozmów między nimi to „niewiarygodne psychologicznie postaci” i „sztywne dialogi”. Na czym polega dowcip: że oczywiście każdy z tych zarzutów jest zazwyczaj słuszny. Skoro się pisze serio o budowie windy kosmicznej, to proporcjonalnie mniej pozostaje miejsca dla rozterek wewnętrznych budowniczych; nomenklatura naukowa nigdy nie brzmi szczególnie literacko; a kłótni o Teorię Unifikacji daleko do potoczystości pijackich debat o wdziękach ekspedientki z monopolowego. To prawda. Nie można jednak mieć wszystkiego; quid pro quo: tu oddajemy pola, żeby zachwycić czym innym. No ale Krytyka to nie weźmie; Krytyk przecie nie widzi.
Spora liczba tytułów SF, skądinąd cieszących się nawet dużą popularnością wśród miłośników gatunku, pozostaje dla Krytyków niewidzialna w stu procentach. Co tam mówić o pogardzie! - nie zniżą się choćby do tego, by je zauważyć ganiąc. Nawet dosyć chętnie zdradzą dlaczego: są to mianowicie pozycje „nieistotne”, „banalne”, „pozbawione przesłania”; zaś Krytyk, co przebrnął mniej więcej przez kanon SF, powie: „wtórne i niekonieczne”.
Kliniczny przykład takich książek stanowią powstające zwykle w cyklach, wielusetstronicowe, upodobane sobie przez zachodnich pisarzy SF drugiego sortu - opowieści o fikcyjnym świecie/wszechświecie, jego odkryciu, podboju, kolonizacji, rozwoju bądź upadku (po prawdzie w znacznej mierze odnosi się to także do fantasy). Z punktu widzenia Krytyka rzeczywiście niewiele w nich jest ciekawego. W szczególności trudno w nich znaleźć cokolwiek ambitniejszego ponad powikłaną fabułę i absurdalnie (wciąż w oczach Krytyka) detaliczny opis wymyślonego uniwersum. Cóż to za literatura, której bodaj jedyną racją bytu jest opisywanie kolejnych miast/planet, ras, gatunków, tak czy inaczej udziwadlonej obcej przyrody tudzież geologii? Dajcie spokój, czym wy się tak podniecacie...!
Ironicznie skwitować rzecz mogę przytaczając anegdotę o sporze wewnętrznych recenzentów Czytelnika o „Twarzą ku ziemi” Parowskiego. Zarzucał powieści Krytyk: „Przyczyna i cel tego świata oraz jego bohatera pozostają nieznane”. Kontra Lecha Jęczmyka była następująca: „A może autor recenzji zna cel i przyczynę naszego świata. Skoro tak, winien nam to czym prędzej wyjaśnić”.
Serio wszakże: tu rozciąga się następny fragment widma zastrzeżonego SF. Racją istnienia fikcji jest jej fikcyjność; świat fantastyczny nie potrzebuje żadnego głębszego uzasadnienia - jako metafory, symbolu czegoś, dowodu na coś lub przeciwko czemuś (na takiej zasadzie bowiem Krytyk „rozumie” m. in. utopie i dystopie). Wartością w ramach science fiction jest sam w sobie opis oryginalnego obcego ekosystemu czy też archeologicznych pozostałości po nieznanej cywilizacji. Ludzie kupują ente tomy fantastycznych cyklów po części z ciekawości dalszych losów bohaterów, po części jednak dla dopełnienia, wzbogacenia, podtrzymania własnej wizji wyobrażonego sobie przez pisarza świata. I często wręcz wyłącznie z tego powodu! Bo przecież daleko nie wszystkie cykle utrzymują ciągłość dramatis personae, vide „Darkover” czy „Majipoor”. Światy te żyją potem w wyobraźni czytelników własnym życiem. Kto nie miał w ręku takiego fanzinu lub nie przejrzał stosownych stron WWW - nie posiada bladego pojęcia o znaczeniu owego rodzaju wrażliwości SFanowej. Trzeba dopiero przeczytać te filologiczne rozprawy o nieistniejących językach (tzn. już istniejących, bo stworzonych...), te encyklopedie fikcyjnych zoologii i botanik, przejrzeć te atlasy pełne map fantastycznych kontynentów...
W tym miejscu moim zdaniem wrażliwość charakterystyczna dla fantastów pokrywa się z wrażliwością graczy w RPG. Jest to ten sam rodzaj „wczuwania” się w umowną rzeczywistość, skutkujący obsesyjną zachłannością na detale, dążeniem do „uwiarygodnienia” i stotalizowania wizji oraz - dla kogoś postronnego wręcz chorobliwą - fascynacją każdym, najpośledniejszym jej aspektem. I muszę stwierdzić, iż światy rodem z RPG pod względem spójności, kompleksowości i logiczności częstokroć biją na głowę te przedstawiane w literaturze SF i fantasy (życzyłbym sobie w fantasy np. tak dopracowanego, przemyślanego i kompatybilnego kulturowo systemu magii, jaki prezentuje „Ars Magica”). Zapewne jest to konsekwencją faktu, iż światy RPG powstają zazwyczaj na drodze burzy mózgów, są sukcesywnie „poprawiane” (na co prawie nigdy nie może sobie pozwolić w stosunku do raz upublicznionej kreacji pisarz), a przede wszystkim: tysiące graczy nieustannie testuje na maszynach swych wyobraźni ich „prawdziwość”.
To nie jest spisek, to nie jest świadoma umowa, nikt nie przykazywał Krytykowi: „Olewaj SF”. Po prostu - dla Krytyka to oczywistość: science fiction nie może być dobrą literaturą; ergo: jeśli książka jest dobra, nie jest to science fiction.
Lekko przesadzam, wiem, teraz zresztą ów zwyczaj (powszechne przekonanie) wydaje się powolutku kruszeć (w miarę jak postępuje w tzw. „środowisku” wymiana pokoleniowa). Wciąż jednak jest na tyle silny, by poświęcić mu uwagę; podtrzymywany przez dziesięciolecia konwenans nie tak łatwo wymienić.
Na czym polega owa „ślepota kontrolowana” Krytyków? Otóż wydaje się, iż nic tak nie deprecjonuje w ich oczach utworu (ani ewidentna pornografia, ani masakra stylistyczna i gramatyczna, ani błędy merytoryczne, ani nawet „nieprawomyślność”; to wszystko są w stanie przełknąć, tak czy inaczej usprawiedliwiając) - jak pojawienie się w nim elementów science fiction. Pokusiłbym się nawet o wyprowadzenie wzoru określającego zależność między natężeniem w książce cech SF, a prawdopodobieństwem dostrzeżenia/pochwalenia jej przez Krytyka.
Powtórzę: nie sądzę, żeby dokonywali podobnych wartościowań świadomie. Taki już dzielą obraz literatury, iż odwzorowanie „SF -> kicz” stanowi dla nich funkcję niemal tożsamościową. Nie ma to podtekstów ideologicznych, nie jest wyrazem żadnego programu artystycznego; stanowi jedynie prostą konsekwencję odmienności wrażliwości estetycznej Krytyków. Szanse na przekonanie ich są równie duże, jak szanse zachęcenia człowieka wychowanego od małego w wegetarianiźmie do spożycia tatara.
No ale tak skrzywiony pogląd nie jest w stanie niesprzecznie organizować rzeczywistości i od czasu do czasu muszą się na jej obrazie pojawiać skazy, fałdy logiczne. Co czyni Krytyk, gdy nijak już nie może zlekceważyć utworu, a zewsząd wyłażą mu zeń roboty, sztuczne inteligencje i statki kosmiczne? Ha, starsi stażem czytelnicy SF znają ów manewr doskonale! W takim bowiem przypadku zaczyna się recenzję od frazy-kodu: „Mimo pozorów SF...” (Są warianty. „Chociaż wykorzystuje sztafaż SF...”, „Pomimo iż odwołuje się do tradycji science fiction...” etc.) Tym sposobem dokonuje się przejście - książki i jej autora - w sferę bardziej przychylnych skojarzeń estetycznych, co pozwala potem docenić w tekście wartości ogólnoliterackie, bez konieczności otwierania się Krytyków na specyficzne rodzaje wrażliwości.
Trzeba tu zaznaczyć, iż łatwiej o taką konwersję w przypadku fantastyki zachodniej, ponieważ ichnia krytyka jakoś nie podziela słusznych przekonań rodzimej, i skoro się na świecie ukształtuje o danym autorze opinia bardziej niż pozytywna, z czasem przecieka ona nawet do Polski. (Taki był los Vonneguta, Ballarda, Pynchona, teraz Dicka).
•Kwestia niewrażliwości Krytyków na niektóre aspekty literatury fantastycznej nie wyczerpuje oczywiście listy różnic między krytyką wewnątrz- i zzewnątrzgatunkową. Pozostaje m. in. zupełnie podstawowa sprawa samego języka (np.: w mainstreamie twórca „młody” to czterdziestolatek; kim wobec tego są pisujący SF nastolatkowie?)
Wyliczone wyżej „pasma specyficzne” SF zapewne nie są jedynymi; nie twierdzę tego. Miłośnicy odmiennych rodzajów fantastyki z pewnością też różną wagę przyłożą do różnych pasm.
Z kolei Krytycy łatwo mogą rzecz całą zbyć wykazując, iż wartości, jakie starałem się wydefiniować, nie są wartościami stricte literackimi i nie wchodzi wobec tego ich wyszukiwanie i ocena w zakres obowiązujących krytycznych kompetencji. Jakiż to w końcu literacki walor prezentuje powieść z inżynieryjną precyzją opisująca schemat konstrukcyjny stacji kosmicznej? I cóż to w ogóle za wydumany „muskuł fantasty”? Garbu wmawianie, ot co.
Być może rzeczywiście przesadzam i mylę się; nie wykluczam. Ja przecież też jestem skażony: widzę w tym piękno.
Jacek Dukaj