A jednak Polska

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 257 (2004-02).

„Księga jesiennych demonów” Jarosława Grzędowicza to jedna z najlepszych książek fantastycznych, jakie się ukazały w 2003 roku; przy czym to, co w niej najciekawsze, nie pochodzi z fantastyki.

Grzędowicz pisze od dawna, trzymając solidny poziom, lecz pisze rzadko - że jednak jego debiut książkowy ukazuje się dopiero teraz, stanowi raczej dowód chorej sytuacji polskiego rynku wydawniczego. Która, gdy chodzi o fantastykę, zaczęła się w ciągu ostatnich 2-3 lat zdecydowanie poprawiać, a to za sprawą nowych oficyn: Fabryki Słów, Runy, Aresa.

„Księga” Grzędowicza nie stanowi zbioru opowiadań powiązanych jedynie nazwiskiem autora i czasem powstania (jak „Śmierć” Zimniaka), lecz zbiór tematyczny, ujęty nawet w pewien pretekst fabularny (jak „Opowieści z Dzikich Pól” Komudy). Z pięciu opowiadań znane dotychczas było tylko pierwsze, „Klub Absolutnej Karty Kredytowej” - reszta to nowości. Równie dobre, co „Klub”, i lepsze.

Co wiąże te opowiadania, jaki jest ich wspólny mianownik i jaką konwencję wybrał dla siebie Grzędowicz? Odpowiedź powierzchowna skupi się na elementach fantastycznych: są to opowiadania grozy, występują w nich istoty nadnaturalne lub posługujące się mocami nadnaturalnymi: diabły, aniołowie, wilkołaki, nawet Bóg. Odpowiedź sięgająca głębiej pominie JAK i skupi się na CO.

Często oskarżano fantastykę pisaną przez Polaków o oderwanie od realiów Polski; ostatnio przyszłość i cudowność zaczęły być jednak kompatybilne z polskością. O czym mianowicie pisze Grzędowicz? O współczesności, o Polakach początku XXI wieku, o ich niepowodzeniach, przegranych bojach z rzeczywistością III RP, ślepych zaułkach życiowych, w jakie nieodmiennie się pakują. Oni - my. W tym tkwi siła owych opowieści: w prawdzie opisu psychologicznych banałów, w realności losu ich bohaterów, w obyczajowym naturalizmie. Teraz paradoks: mnożąc realizm przez fantastykę Grzędowicz osiąga efekt jeszcze większego autentyzmu. Nie chcę uciekać się do trywialnych porównań ze Stephenem Kingiem, lecz metoda przetworzenia świata jest tu identyczna: elementy fantastyczne nie niwelują, ale wzmacniają, powiększają cechy charakterystyczne - niczym soczewki w mikroskopie. W ten sposób np. „Wiedźma i wilk” urasta do rangi zgoła archetypicznej przypowieści o losach współczesnej kobiety, rozdartej między feministycznymi i tradycyjnymi obrazami mężczyzny.

Jest to wszystko napisane bardzo porządnie, językiem już dojrzałym, bez taniego efekciarstwa, lecz przecież z wyczuciem słowa i obrazu - jakąż genialną sceną okazałaby się w filmie np. scena zamykająca „Piorun”, ostatnie ujęcie.

Obyśmy tylko nie musieli czekać na następną książkę Jarka kilka lat!

Nieco częściej publikuje Andrzej Zimniak - ale i tu trudno mówić o wielkiej obfitości tytułów. Jedna powieść („Marcjanna i aniołowie”) - poza tym tuziny opowiadań. „Śmierć ma zapach szkarłatu” to kolejny ich zestaw.

Jako wyróżnik literatury kobiecej najczęściej wymienia się prymat uczuć - uczuć, nastroju, estetyki - nad wszelkimi innymi aspektami opowieści: fabułą, konstrukcją świata, logiką intrygi etc. Owocuje to tekstami męczącymi i nudnymi - taki preparat emocjonalny przypomina mi raczej zapis snu schizofrenika. Otóż Andrzej Zimniak przejął z owej metody, co w niej najlepsze, i połączył z klasyczną, „męską” science fiction, opartą na pomyśle - teorii naukowej, logicznym przekształceniu świata, zaskakującym „gdyby”. Tak powstaje nowa, specyficzna jakość, z którą od lat bez powodzenia mierzą się krytycy, próbując zdefiniować „Zimniak fiction”. Co staje się coraz trudniejsze, bo Zimniak, jak wino, z wiekiem szlachetnieje, opowiadania stają bardziej ironiczne, puenty subtelniejsze - trudniej nazwać ulotne wonie drogich perfum.

W ten sposób tłumaczę sobie, dlaczego np. „Przynieś mi serce Matki Teresy” przeszło bez echa - opowiadanie absolutnie oryginalne, wykręcające umysł. Już znane „Rozpakuj ten świat, Evitt” czy „Klatka pełna aniołów” też opierają się na świetnych pomysłach. Odstają nieco dwa kawałki oparte na formule humorystycznej fantasy „z kluczem”. W zbiorze pomieszczono dwanaście tekstów; tytułowe, jedyne dotąd niepublikowane, należy do słabszych, pozbawionych ognia.

Tu znajdowałbym główną wadę i przyczynę niewielkiej popularności Zimniaka: czuje się, że, przy całej swojej lekkości i rozbuchaniu, a może właśnie z ich powodu - są to rzeczy pisane na pół gwizdka, w cudzysłowie. Nie atakują czytelnika, nie próbują go przemocą porwać, zaangażować; ich piękno jest bierne, dyskretne - stają w oddaleniu i pozwalają się podziwiać. Nie podoba się? Cóż, nie będzie się Zimniak narzucał - szukajcie gdzie indziej.

Nie da się chyba stworzyć fantastyki mocniej nasączonej Polską niż fantastyczne opowiadania sarmackie Jacka Komudy. Ukazuje się właśnie wznowienie pierwszego ich zbioru - „Opowieści z Dzikich Pól”.

Literacko są to rzeczy balansujące zaledwie na granicy poprawności, przygodowe historie z wszechświata sienkiewiczowskiego, istotnie dobrze się wpisujące w konwencję gry „Dzikie Pola”; jedynie ostatnie, „Trzech do podziału”, wyraźnie odstaje formułą i ambicją. W większości nie przeszłyby również odpowiednika testu Lema dla fantasy: to, co nadprzyrodzone, stanowi tylko niekonieczny dodatek fabularny. Diabeł i czary pojawiają się, ponieważ były rzeczywiste dla ludzi tamtego czasu (skądinąd mądra metoda budowania fantasy).

Czym Komuda mnie jednak porywa: właśnie polskością. Jest to świat naszej narodowej mitologii, wysysany z mlekiem matki (z Sienkiewiczem), i każda w nim wizyta poprawia mi nastrój, gra na podświadomych marzeniach, łaskocze dumę. A same historie są przecież raczej ponure.

Także w czwartym zbiorze polskich opowiadań, a właściwie w składance dwóch mikropowieści, „Horror show” Łukasza Orbitowskiego, Polska jest czymś więcej niż tylko wymienną scenografią. Obie historie rozgrywają się we współczesnym Krakowie, opisywanym z naturalizmem graniczącym ze skatologią - co stanowi zarówno największą ich zaletę, jak i wadę. Dobrze, że Orbitowski konsekwentnie buduje swój styl, wręcz niszę literacką, stawiając na zgryźliwy realizm, ukazując życie podwawelskiej bohemy, meneli i biednych studentów; zmierza tak chyba w stronę polskiego „horroru fizjologicznego”, a la Barker. Źle, że jeszcze bardzo często w tej stylistyce przeszarżowuje, cynizm i wulgaryzmy, gdy przedawkowane, przestają pełnić swą rolę.

Narracja jest szybka, rwana, przypomina męską gawędę nad piwem; tu też zalety i wady wypływają z tego samego źródła. Widać, że Orbitowski to naturalny storyteller, w najlepszej tradycji literatury angielskiej, opowieść wypływa z niego swobodnie, bez wysiłku, postaci żyją, dialogi nie brzmią sztucznie, czytelnik jest ciekawy, co dalej. Widać też jednak, że na razie to jeszcze bardziej opowieść rządzi autorem, ponagla go, nie pozwala solidnie obudować intrygi. Oba teksty, „Horror show” i „Lombard”, zawisły w efekcie gdzieś pomiędzy opowiadaniem a powieścią, za bogate jak na nowele, nazbyt gorączkowo kreślone jak na powieści.

Tekst tytułowy jest lepszy, solidniej skonstruowany; w nim też pojawia się element, który, jak sądzę, wyznacza kolejny etap drogi Orbitowskiego: postać Giełdziarza, archetypicznego drobnego handlarza nielegalną elektroniką, programami itp. Orbitowski naklejał dotąd na współczesną scenografię i postaci - klasyczne schematy fabularne horrorów: zombies, koniec świata, diabła-kusiciela itp. Czas teraz, by tworzył także fabuły grozy specyficznie polskie i wynikające w sposób konieczny z „tu i teraz” - na tę samą ścieżkę, choć w innej stylistyce, wstąpił Grzędowicz. Czas, by element nadprzyrodzony nie stanowił u Orbitowskiego obcej nakładki, lecz naturalne przedłużenie brudnego realizmu - jak Giełdziarz, którego magii nie sposób oddzielić od szarzyzny naszych pirackich targowisk.

Jacek Dukaj

Jarosław Grzędowicz Księga jesiennych demonów, Fabryka Słów 2003, cena: 27.99 zł.
Andrzej Zimniak Śmierć ma zapach szkarłatu, Fabryka Słów 2003, cena: 26.99 zł.
Jacek Komuda Opowieści z Dzikich Pól, Fabryka Słów 2004, cena: 26.99 zł.
Łukasz Orbitowski Horror show, Dom Wydawniczy Ares 2004, cena: 23.99 zł.