10 sposobów na zgnojenie książki

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „Fantom” nr 13 (2001-09), a następnie w miesięczniku „Science Fiction” nr 28 (2003-07).

Z porównania drukowanych w różnych pismach recenzji oraz samych ich przedmiotów rodzi się w umyśle czytelnika, wnioskującego na podstawie owych jedynych dostępnych mu danych, konkluzja co do faktycznej funkcji krytyki literackiej. Otóż najwidoczniej jej teksty nie służą informowaniu potencjalnych nabywców o zaletach/wadach poszczególnych książek, nie służą promocji tytułów wartościowych (jakiekolwiek kategorie wartości byśmy tu przyjęli) ponad kulturowe śmiecie; nic z tych rzeczy.

One stanowią fragmenty personalnego sporu toczącego się bez końca na łamach periodyków. Tak jak politycy „rozmawiają” ze sobą przez telewizję i radio, tak też krytycy „kłócą” się ze sobą - starają przeforsować własne zdanie, własną aksjologię, własne preferencje, podgryźć adwersarzy i pośrednio ich zdeprecjować - przy pomocy tekstów krytycznych. Także - a może i przede wszystkim, zważywszy na ich ilość - recenzji. Tryumf lub publiczne zgnojenie danej pozycji zadaje cios znienawidzonej ideologii, środowisku, czasopismu czy krytykowi.

Poniższy szkic służyć ma wprowadzeniu niezorientowanych w tajniki tej krytycznoliterackiej erystyki. Podobnie jak podręcznik Schopenhauera, pisany jest po trosze z cynicznym przymrużeniem oka - zwłaszcza nie należy go traktować jako stuprocentowego uogólnienia. Jednak chyba każdy bez trudu wskaże z pamięci co najmniej parę przykładów zastosowania Sposobów.

Wymienię ich tu dziesięć.

Przez szczegół

Sposób ostatnimi czasy bardzo popularny, ponieważ najskuteczniejszy w warunkach wymuszonej zwięzłości, tzn. gdy z powodu ograniczeń objętościowych recenzent uzasadnia swą opinię w góra kilkunastu zdaniach. Dla zgnojenia książki wystarczy wówczas przytoczyć z niej in extenso 2-3 zdania. Po owych cytatach, mniej lub bardziej wyrwanych z kontekstu, następuje podsumowanie wyrażone zazwyczaj w formie zawoalowanej (lub jawnej) złośliwości, zawsze jednakiego sensu: że mianowicie oto sami państwo widzicie, jaka to jest książka.

Trick polega na tym, iż książki, w których nie sposób znaleźć 2-3 przykładów nieporadności stylistycznej, błędu merytorycznego czy gramatycznego, wreszcie niezamierzonej śmieszności - otóż książki takie zdarzają się na zasadzie wyjątku, przy czym ta ich powierzchowna perfekcja pozostaje w nikłej bądź żadnej korelacji z ogólną jakością literacką, stanowiąc raczej dowód solidności roboty edytorskiej (redaktorskiej, translatorskiej etc.), aniżeli czegokolwiek innego.

Sposób bardzo bezpieczny: w warstwie wymowy dosłownej recenzent pozostaje w absolutnej zgodności z prawdą; może nawet mieć się za krzyżowca słusznej sprawy, ostatniego purystę literatury. Na dodatek jest to sposób o wysokiej skuteczności perswazyjnej: czytelnik recenzji odnosi wrażenie, że ma do czynienia z omówieniem maksymalnie obiektywnym. Wszak sam przeczytał fragmenty inkryminowanego tekstu i widzi, co on wart!

Czego autor nie napisał

Sposób niezawodny, działa wobec 100% literatury pięknej i znacznej części niebeletrystyki. Chwyt jest w swej istocie niezmiernie prosty: otóż recenzent nie rozwodzi się nad tym, co autor napisał, lecz - czego nie napisał. Nie znaczy to bynajmniej, iż łże na temat treści książki. Nie: on po prostu wylicza autorowi zmarnowane szansy, rzeczy pominięte, problemy nie rozwinięte, okazje nie wykorzystane, i ogólnie - szeroko opisuje, co na miejscu autora napisałby sam, więcej i lepiej.

Zalety sposobu są rozliczne. Przede wszystkim, nie istnieje taka powieść, której nie dałoby się jakoś udoskonalić lub która nie dopuszczałaby jakiegoś dopełnienia. (Proszę samemu zdjąć z półki pierwsze z brzegu klasyczne dzieło i napisać w tej manierze druzgoczącą z niego recenzję; zaskoczy państwa, jakie to proste). Nadto sposób ten pozwala sprokurować nawet bardzo obszerną recenzję odnosząc się do samej książki w stopniu minimalnym, tzn. bez zająknięcia się o jakichkolwiek jej zaletach - wszak to, co i jak autor napisał pozostaje poza kwestią; recenzent gani go za to, czego ów nie napisał.

Sposób bezpieczny. Nadto pozwala na udowodnienie wyższości intelektualnej recenzenta: gdyby tylko mu się chciało, jakie arcydzieła by płodził!

Przez ogół

Sposób użyteczny przy recenzowaniu książek należących - w każdym razie w mniemaniu recenzenta - do gatunku o podłej proweniencji: fantastyki, kryminału, powieści sensacyjnej, romansu, powieści przygodowej itp. Wszelako ponieważ klasyfikacje gatunkowe są bardzo płynne, przy niewielkim wysiłku którąś z powyższych etykietek przylepić da się prawie zawsze.

Sposób polega na uprzykładowieniu recenzenowanej książki. Klasycznym otwarciem jest tu fraza następująca: „Powieść X jest dobrym przykładem literatury SF. W tym gatunku, jak wiadomo...” - po czym recenzent nie pisze już bezpośrednio o książce, lecz wylewa kubły pomyj na gatunek. Są to przy tym zawsze tzw. prawdy obiegowe, którym człowiek odruchowo przytaknie.

90% każdej literatury to gówno i nie ma takiego gatunku/konwencji, przejście do której gwarantowałoby uniknięcie grafomanii - ale tu liczy się opinia wynoszona przez odbiorcę recenzji, a on, po zastosowaniu tego sposobu, przeniesie automatycznie wszystkie złe cechy ogółu (prawdziwe bądź urojone) na należący doń konkret. Identyczną metodą, tyle że odwołując się do przynależności nie gatunkowej, lecz np. ideologicznej czy generacyjnej, można gnoić poezję i niebeletrystykę.

Sposób bezpieczny (w pewnych kręgach krytyki każda recenzja z książki należącej do inkryminowanych gatunków wręcz musi się zaczynać Listą Grzechów Pierworodnych). Podwójnie przewrotny: każdorazowe go zastosowanie podnosi skuteczność następnego użycia; istne perpetuum mobile (mechanizm plotki: powtarzać, powtarzać, powtarzać).

Ad hominem

Sposób prymitywny, łatwy do przejrzenia, a zatem o nikłej skuteczności, również nie nazbyt bezpieczny. Nie byłby wart wzmianki - gdyby nie to, że wciąż jest z zapałem stosowany.

Jego istota nie odbiega od istoty analogicznego chwytu erystycznego. Atakuje się nie pogląd/argumentację - tu: utwór literacki - lecz człowieka - tu: autora.

Sposób, jako się rzekło, jest prymitywny, stąd (a także w obawie przed procesami o pomówienie) występuje raczej w kombinacji z innymi sposobami oraz w formach wyrafinowanych, zakamuflowanych. Wymienię najpopularniejsze.

1. Zastępowanie od początku nazwiska autora tudzież samego słowa „autor” peryfrazami w rodzaju: „kolejny żądny sławy grafoman”, „nasz Dostojewski z Koziej Wólki”, „samozwańczy wieszcz”, „straszliwy wirtuoz pióra” etc. Określeń owych nijak się nie uzasadnia - ich automatycznym uzasadnieniem jest ogólna kwiecistość stylu recenzji.

2. Wprowadzanie dygresji nt. mniej lub bardziej prawdziwych faktów z życia autora. Dobór tych faktów musi być szczególny, tu nie dyskwalifikuje, co dyskwalifikuje normalnie; np. wspomnienie epizodu więziennego autora może stanowić wręcz zachętę do lektury. Pisze się więc, jakie to chody ma ten człowiek w środowisku (w domyśle: i dlatego tak dobrze o nim piszą i dają mu nagrody); jak to zwijał się z zazdrości, gdy ominął go jakiś honor (w domyśle: widać tworzy z najniższych żądzy); jak to w 1976 roku w Kielcach zanudzał towarzystwo przez 7 godzin, aż wszyscy posnęli (spodziewajcie się tego samego po jego książce!); jak to popełnił był jakieś faux pas tłumaczące się wyłącznie jego marnym wykształceniem itp., itd.

3. Dedukowanie z fabuły i postaci książek za pomocą prostackiej psychologii konstrukcji psychicznej ich autora. Tak zatem, skoro daje detaliczne deskrypcje aktów seksualnych - jest erotycznym obsesjonatem; gdyby ich nie dawał - byłby zakompleksionym prawiczkiem. Skoro opisuje akty przemocy - kompensuje sobie szarość swej egzystencji; gdyby ich unikał - uprawiałby literaturę „podejrzanie kobiecą” (dla pisarzy-kobiet argumentację można odwrócić). Etc., w im większe brudy, tym lepiej.

Przez porównanie

Sposób pokrewny sposobom „Przez ogół” i „Czego autor nie napisał”. Często stosowany bez podłych intencji, wskutek autentycznego rozczarowania recenzenta o nazbyt wygórowanych oczekiwaniach.

Recenzuje się wówczas nie książkę jako taką - lecz w porównaniu:

1. Do wcześniejszych dokonań autora (o ile są takowe). Konstatuje się ze smutkiem spadek jego formy literackiej. (Czym spowodowany? Tu dobre miejsce na sposób „Ad hominem”). Podług tego algorytmu można naprawdę bardzo łatwo napisać bardzo negatywną recenzję z bardzo dobrej książki (jako że naturalnie książki dobre częściej się przydarzają u autorów, którzy faktycznie mają talent i umieją pisać i coś już tam mają na koncie, aniżeli u debiutantów czy jednorazowych geniuszy). Konsekwentne jej stosowanie przez dłuższy czas prowadzi wszelako do samoośmieszenia recenzenta: kiedy to łaja ostro n-tą książkę noblisty X, a zaraz potem wychwala płaskie czytadło jakiegoś debiutanta - „bo się nie spodziewałem, że w ogóle da się przeczytać”. Co więcej, wieczni malkontenci potrafią pisać na tę modłę o wielu książkach danego autora pod rząd - nawet jego debiut podpada pod sposób, o ile ukazał się w Polsce z opóźnieniem lub tak go przeczytał recenzent. Schemat takowej krytyki daje się rozrysować jedynie w przestrzeniach Escherowych: w dół, w dół, ciągle w dół, choć nigdy się nie było ni o cal wyżej.

2. Do reszty gatunku tudzież literatury poświęconej podobnej tematyce. Cokolwiek by bowiem autor nie napisał, zawsze znajdziemy dzieło uznawane za niedościgły wzorzec w pewnym, ostrożnie do porównania wybranym, zakresie poruszanych w recenzowanej książce tematów, i wówczas bezlitośnie punktujemy kolejne niedociągnięcia, ułomności, przemilczenia, uproszczenia etc. - gdzie mu do Mistrza! Rozkład kończy zawsze to samo, pełne niesmaku, retoryczne pytanie: po co się w ogóle X za to brał, skoro napisano o tym już wcześniej i nieporównanie lepiej?

Zbyt częste przywoływanie w recenzji dużych nazwisk i znanych tytułów może się wszakże obrócić na korzyść recenzowanej pozycji (na zasadzie analogicznej sposobowi „Przez sugestię”), stąd dobrze jest poczynić wyraźne wstępne zastrzeżenia: że to w ogóle różne klasy, nie ta liga etc.

Przez sugestię

Sposób wymagający obszernej recenzji, niejakiej cierpliwości czytelnika oraz recenzenta z nazwiskiem i sprawnym piórem; o niepewnej skuteczności, za to całkowicie bezpieczny. Stosuje się w przypadkach tytułów, przy których nie ma się do czego przyczepić, a pochwalić nie wypada.

Recenzja przepływa wówczas raczej ku formie luźnego eseju - przez pierwsze 2/3 tekstu recenzent nie pisze o książce, lecz snuje jakieś smętne dygresje na temat ogólnego upadku literatury, mierności intelektualnej braci pisarskiej, doznanych rozczarowań życiowych, kryzysu światowego, bezrobocia, upadku czytelnictwa, brudnego śniegu za oknami, dręczącego go uporczywie kaca, upadłych kobiet, powszechnej męki egzystencjalnej i bezcelowości wszelkich człowieczych poczynań, w szczególności okołokulturowych, etc., etc. Na koniec wspomina o książce, którą mu wcisnęli do zrecenzowania: owszem, jest taka, o tym i o tym, przeczytałem, nawet niezła; idę się upić.

Jak łatwo spostrzec, sposób zasadza się na wolnej asocjacji skojarzeń dokonującej się w umyśle czytelnika. Psychologicznie jest to ta sama metoda, która po kilku pytaniach o węgiel, Murzynów itp. wymusza u delikwenta odruchowe przyznanie, iż mleko jest czarne. Recenzent nie napisze o książce jednego złego słowa - a jednak potencjalny jej czytelnik/nabywca zostanie zniechęcony.

Z koherencji wywodu

Sposób bardzo popularny wśród profesjonalnych krytyków, wiele przykładów jego zastosowania można znaleźć w „poważnych” periodykach literackich; w większości przypadków (przypuszczam) używany już odruchowo i zgoła podświadomie. Rzadko samodzielnie - przeważnie w kombinacji ze sposobami „Przez szczegół”, „Przez ogół” itp. Skuteczny.

Jak wiadomo, jedna z definicji prawdy zakłada, iż prawdą jest wszystko, co spójne i niesprzeczne - wewnętrznie oraz z resztą obrazu świata. Definicja taka posiada wielu zwolenników także z tej przyczyny, iż istotnie jest coś takiego, co skłania nas do wiary w koncepcje i twierdzenia eleganckie, domknięte, ładnie się wpasowujące w ogół, o przejrzystej, krystalicznej strukturze. Recenzent wykorzystuje tę właściwość. Stawia tezę deprecjonującą dany utwór (w rodzaju: „debiuty w prozie przed trzydziestką nie warte są lektury”, „nie potrafimy pisać o współczesności”, „byle gówno z logo SF czy fantasy na okładce sprzeda się w wielotysięcznym nakładzie” itp.; dobrze jest, gdy teza należy do owych „prawd obiegowych”, którym czytelnik raczej przytaknie niż zaprzeczy), po czym dokłada do niej kolejne tezy-opinie, niczym puzzle do raz wybranego ogólnego kształtu; i tak też pasują: bez najmniejszej szczeliny. Po ułożeniu ukazuje się nam obraz wzorcowego gniota.

Rzecz kończy się efektowną konkluzją oraz jakąś mądrą refleksją, aforyzmem czy cytatem. Słowem: przykładna krytyczna robota. Czytelnikowi nawet przez myśl nie przejdzie zwątpić w podaną ocenę, przyjrzeć się bliżej przesłankom i zakwestionować mechanizmy argumentacji (zakładając, iż recenzent odwołuje się w ogóle do jakichkolwiek związków logicznych w recenzji; nie jest to konieczne, nie logika ją spaja). Recenzja jest tak doskonała, iż z pewnością całkowicie prawdziwa - inaczej by przecież wszystko do siebie tak nie pasowało.

Proszę nie lekceważyć siły perswazyjnej tego sposobu! Wszyscy przecież dobrze wiemy, iż praktycznie nie zdarzają się książki ocenialne jednoznacznie i nie wyłamujące się jakoś z klasyfikacji - a jednak drzemie w nas to podświadome dążenie do bezpiecznej schematyzacji świata, uporządkowania go.

Sposób ten (jako jeden z nielicznych) działa nawet wówczas, gdy się wcześniej samemu przeczytało omawianą książkę i wyniosło z lektury do pewnego stopnia odmienne wrażenia: recenzent je jednak porządkuje i jego czarny kryształ zwycięża.

Po przyłożeniu złej miary

Sposób w swej metodzie podobny sposobowi „Przez porównanie”; tu jednak cały trick polega na operacji poprzedzającej: na wyborze miary, którą przyłożymy do utworu. Nie jest bowiem tak - jak zdaje się wierzyć spora część krytyków - że każdy autor przystępując do pisania celuje w drugą „Zbrodnię i karę” czy „Ulissesa”; nie tam zmierza i nie tam dociera.

Spokojnie można zatem zgnoić genialnie pomyślany i przeprowadzony kryminał jako porażkę powieści psychologicznej czy metafizycznej. Powieść psychologiczną ganimy za powolną i nieatrakcyjną fabułę. Fantastykę za oderwanie od rzeczywistości. Etc., etc. Ta choroba pomieszania aksjomatów w pełnej glorii swych schizofrenicznych symptomów widoczna jest w polskiej krytyce filmowej - ale i literatura nie ma tu co narzekać.

Sposób ten, na zasadzie jakiegoś obyczaju środowiskowego, utarł się jako „słuszne podejście” i standardowo jest stosowany jako gambit otwierający, w całkowitej lub częściowej nieświadomości (tak przypuszczam) większości stosujących. Jest on konsekwencją takiego poglądu na sztukę, który nazwałbym maksymalizmem, a który w Polsce wciąż chyba jeszcze dominuje: Prawdziwa Literatura to są te tu arcydzieła, a reszta to coś, co aspiruje do literatury, ale poniosło porażkę, literaturą nie jest. Oczywista musimy teraz pokazać, z czego wynika ta porażka.

Wymieniam tu ów sposób, ponieważ czytelnik recenzji nie zna intencji krytyka i nie wie, który manewr to zamierzona perfidia, a który wynika z ogólnego zamętu pojęciowego.

Zresztą trick jest uniwersalny. Nie wszystkie miary są ze sobą kompatybilne; i, logicznie rozumując, nie mają prawa być. Zatem dla każdego kryterium, podług którego oceniana rzecz okazuje się sukcesem autora, znaleźć można takie, które z żelazną logiką opisze onże utwór jako literacką porażkę.

Przez zagłaskanie

Sposób specyficzny, rzadko stosowany, o wątpliwej skuteczności; przewrotny i subtelny. Stosuje się tylko do niektórych książek: tych o wyraźnym przeznaczeniu komercyjnym - lecz nie z najniższej literatury popularnej (jej czytelnicy w ogóle nie zauważają takich bytów literackich jak recenzje). Celem nie jest tu bowiem zgnojenie krytycznoliterackie - bo to nijak dziś nie przeszkadza w zostaniu bestsellerem - lecz zniechęcenie potencjalnych czytelników/nabywców.

By to osiągnąć, recenzent zachwala tytuł wspinając się na wyżyny swej erudycji. Używa skomplikowanych terminów z teorii literatury, przywołuje egzotyczne nazwiska, buduje wielopiętrowe porównania; wszystko w długich, wielokrotnie złożonych zdaniach o germańskim szyku. Opcjonalnie (jeśli np. nie starcza mu wiedzy) może wylewać swój zachwyt w egzaltowanych wynurzeniach: jaki to psychiczny impakt wywarł utwór na jego duszę itd. - tłusta emfaza na najwyższych obrotach. Ogólnie zamierzenie jest takie, by czytelnik recenzji wyniósł wrażenie, iż oto ma do czynienia z drugim „Finnegan's Wake”, jeszcze bardziej ambitnym. O ile recenzja taka ukaże się w dużym nakładzie i w tytule opiniotwórczym (zakładając, iż o ogóle istnieją takowe w dziedzinie kultury), można się spodziewać spadku sprzedaży książki.

Sposób możliwy tylko w określonych warunkach: płytkiego rynku książki, wątłej prasy literackiej, w stosunku do książek autorów o niewyrobionych nazwiskach, za którymi nie stoją żadne duże wydawnictwa. Warty uwagi właściwie jedynie z uwagi na swą cyniczną przewrotność (wtajemniczeni i tak czytają między wierszami).

Na chama

Sposób ryzykowny, choć bywa skuteczny. Zero wyrafinowania. Świadczy raczej o desperacji recenzenta: książka jest tak niezaprzeczalnie dobra, że nic innego mu już nie pozostaje.

Otóż wali on wówczas prosto z mostu: że rzecz jest napisana niechlujnie i bez polotu, postaci niewiarygodne, fabuła mętna, nielogiczna i nudna, nie prowadząca donikąd, pomysł wtórny, całość żałosna, omal grafomania. Nie kupować; nie czytać - szkoda czasu i pieniędzy. Autor dał plamę.

Recenzent pisze to w całkowitej rozłączności z wrażeniem, jakie faktycznie wyniósł z lektury. Szersze uzasadnienie powyższych opinii (jeśli w ogóle możliwe ze względu na ograniczenie objętości) pozostaje kwestią jego inteligencji i sprawności pióra.

Sposób jest ryzykowny, ponieważ może (tak, czasami się to zdarza!) sprowadzić na głowę recenzenta ostre kontry ze strony jego kolegów. W gruncie rzeczy jednak recenzent nie ma czego się bać: nikt mu nie udowodni, że faktycznie nie uważa książki za złą. Ostatecznie nie istnieje coś takiego, jak obiektywna recenzja, każdy to wie...

A poza tym - jaki procent czytelników recenzji w ogóle czyta recenzowane książki? W szczególności - ilu poświęci na nie swój czas i pieniądze po takiej krytyce?

Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Napisać można wszystko.

Za tą pół żartem, pół serio instrukcją pisania złych recenzji z dobrych książek kryje się jedno poważne pytanie z dziedziny krytyki krytyki (czyli chyba metakrytyki?). Czy w ogóle istnieją jakiekolwiek kryteria oceny wartości utworów literackich? czy też rzeczywiście jest tak, że recenzent może napisać w formie opinii wszystko i żadnym sposobem nie można mu dowieść premedytowanego oszustwa i krzywdy dla autora i książki?

Oczywiście istnieją progi minimum: poprawność gramatyczna, ortograficzna (ze stylistyczną już gorzej, proza awangardowa wiele zniesie). Ale powyżej nich - wolnoamerykanka, full-contact. Czytywałem już mordercze recenzje rzeczy uznawanych przeze mnie za arcydzieła i (te, przyznaję, częściej) apollińskie chwalby omal grafomanii (grafomanii w moich oczach, rzecz jasna). I w 90% przypadków o uczciwości recenzenta mogłem jedynie luźno dywagować - przypuszczam zresztą, że większość z nich i tak wtórnie racjonalizuje swoje podłości i nadbudowuje nad nimi całe ideologie.

Notabene tak się mogło było zrodzić w sztuce sporo słynnych trendów. (Czy ktoś już napisał „Spiskową historię kultury”?)

Podaje się różne doraźne metody zaradcze. Np. znaleźć sobie takiego recenzenta, którego gust przetestowaliśmy na sporej liczbie tytułów jako maksymalnie zbieżny ze swoim - i jego opinii się trzymać. Ale to pomaga w orientacji czytelnikowi - co jednak pomoże autorowi, którego książka dostała się przypadkiem w jakiejś literackiej burdzie pod glany krytyków? Ci czytelnicy, którzy specjalnie wyszukują rzetelnych recenzentów, niewiele go obchodzą, bo to jest ten górny margines, który czyta tak czy owak i nie on decyduje o sukcesie/porażce książki.

Nie mam rady. Środkiem pośrednim byłaby jakiegoś rodzaju presja na decydentów obsadzających stanowiska kontrolujące kanały opiniotwórcze, żeby pozory uczciwości stały się czynnikiem zwiększającym zyskowność medium. Ale nie oczekiwałbym tu powodzenia: kultura (w Polsce) to pryszcz na gospodarce.

Otuchą napawa mnie tylko jedna rzecz. Wzorując się na Amazon.com internetowe księgarnie wysyłkowe (właściwie wszystkie) przyjęły zwyczaj udostępniania strony danej książki dla recenzji klientów. Każdy może napisać swoją opinię i zostanie ona automatycznie zamieszczona przy komentowanym tytule. Przeważnie stosuje się skalę od 1 do 5. Średni rating stanowi standardową rekomendację przy zakupie. Oczywiście, ponieważ napisać może każdy (i faktycznie, piszą wszyscy), w tej internetowej anarcho-demokracji przechodzą zdania najbardziej kuriozalne, nie ma filtru na tych, co np. książki w ogóle nie czytali. Jednak powyżej pewnej progu ilościowego nadesłanych ocen (ok. 20) naprawdę można już wnioskować o wartości utworu z dużą i wzrastającą pewnością; a liczba komentarzy nt. najpopularniejszych tytułów w Amazonie sięga kilkuset.

Czyżbym tu postulował pozbawienie krytyków ich pracy? Nie. Jedynie odciążenie jednej z ich funkcji: kreującej na rzecz opisowej. Czy to znaczy, że krytyka nie powinna mieć wpływu na gusta czytelnicze? To byłby postulat absurdalny: nawet suchy opis jakoś wpływa. Tych dwóch rzeczy nie da się rozdzielić.

Jednakowoż obecnie odnoszę wrażenie, iż funkcja kreująca jest (w większości przypadków) do tego stopnia pierwotną względem opisowej, diagnozującej - że każda ocena tekstu stanowi zaledwie odpryskową pochodną jakiegoś (ujawnianego lub nie) trendu, programu, przekonania środowiskowego, któremu hołduje dany recenzent. Należy zatem czytać między wierszami i deszyfrować podług stosownych kluczy. Mam nadzieję, że przynajmniej parę z opisanych tu przeze mnie okaże się użytecznych.

Jacek Dukaj